10 scen, poniedziałek patrzy, seriale

10 powodów, dla których warto obejrzeć Raising Hope

Będzie ciekawostka z mojego domowego ogniska. W ramach parentingowych (modne słowo) przygotowań razem z fotografem oglądamy sitcomy, w których jakąś- podobno znaczącą- rolę odgrywają dzieciaki. Gdy nadrobiliśmy Modern Family, a Baby Daddy znudziło nas po pierwszym sezonie, wybór padł na Raising Hope.
Nic dziwnego, że powstał wpis o tym, dlaczego warto poświęcić uwagę temu ostatniemu, dlatego zapraszam do lektury- raczej bezspoilerowej, ale na pewno gifkowej, bo lubię ilustrować takie wpisy obrazkami.

PS. Zarówno Raising Hope, jak i Modern Family, emituje najlepszy kanał ever – Fox Comedy <3 Wprawdzie teraz jest przerwa, ale mam nadzieję, że wkrótce wrócą, bo mogłabym oglądać te odcinki po kilkanaście razy.

1.  Odjechana fabuła

Jednorazowa przygoda i samotny facet musi wychować bobasa. Ile razy to już widzieliśmy? Sami przyznacie, że pomysł aż sam dopisuje sobie rozwiązania fabularne, co w rezultacie może okazać się nieco nudnawe.
Dlatego dodajcie do tego scenariusza: matka bobasa okazała się seryjną morderczynią, więc ją usmażyli na krześle, a samotny facet mieszka ze swoją pokręconą rodziną- matką sprzątaczką, ojcem, który czyści baseny i babcią, której już nieco główka szwankuje; dobra, nieco to przesada w drugą stronę, bo główka szwankuje bardzo, ale i tak ją kochamy.
Niby oklepany schemat fabularny, ale tu ma tyle świeżości, że miodzio, miodzio, panowie, miodzio, miodzio.

2.  Cztery to aż za mało!

Zwykle gdy mam do nadrobienia jakiś serial, patrzę, ile czasu musiałabym poświęcić, żeby całość obejrzeć (dlatego Przyjaciele czekają ciągle na półce) Tu mamy tylko cztery sezony, więc jak ktoś ogląda obsesyjno-kompulsywnie, czyli niemal bez przerw, to w dobry weekend jest w stanie ogarnąć całość.
Ale co najważniejsze, te cztery sezony cały czas trzymają poziom; gdy skończyłam oglądać, przypomniało mi się, że przez niefortunny zbieg okoliczności ominęłam parę odcinków z pierwszego sezonu, więc musiałam wrócić. I wiecie, co? Poza tym, że bohaterowie mieli inne fryzury, nie odczułam różnicy. Śmiałam się i płakałam tak samo.
Szkoda jedynie, że nie dali serialowi czasu, żeby finał był taki… finałowy. (tu nadal wzdycham nad finałem OTH, który był perfekcyjny)

3.  Kulturowe smaczki

Rzecz, którą uwielbiam w Raising Hope, to nawiązania popkulturowe. Wiele odcinków stylizowanych jest na coś kultowego, a to przygody bohaterów przypominają wędrówkę przez krainę Oz, a to mamy scenariusz rodem z hitchcockowskiego „Okna na podwórze”, a to bohaterowie zbijają się z wspomnianego wyżej Modern Family i dostajemy odcinek, który idealnie-nawet czołówką- wpasowuje się w format.
W każdym odcinku jest nawiązanie do czegoś, co znamy. Bohaterowie spędzają dużo czasu przed telewizorem, oglądają seriale, które znamy i lubimy, grają w gry planszowe, w które i my gramy. Aż frajdę sprawia wyszukiwanie aluzji.

4.  Wielowymiarowi bohaterowie

Z wyjątkiem jednej postaci (patrz pkt. 6), wszystkie zdobyły miejsce w moim serduszku. Są świetnie napisane, zabawne, ale i nieco nostalgiczne. Mamy babcię chorującą na Alzheimera, która w każdej chwili może cię pomylić z jej zmarłym mężem i żeby ją uspokoić trzeba związać ją taśmą i dać jej trochę tabasco. Mamy kierownika sklepu, dla którego prowadzenie supermarketu to prawdziwa pasja i który ciągle naiwnie wierzy w znalezienie swojej drugiej połówki. Jest dziewczyna, która zajmuje się opieką nad dziećmi, staruszkami i psami. Równocześnie. Jest bezdomny sąsiad, który bez przerwy jeździ na wrotkach z boomboxem. No i jest Frank. Nie wiecie, czym jest życie, jeśli nie znacie Franka ;D

5.  Klawe poczucie humoru

Mogłabym Wam tutaj wrzucić mnóstwo cytatów, które rozbawiły mnie do łez.  Naprawdę mnóstwo. Spytajcie fotografa, poświadczy Wam, że każdy odcinek jest dla mnie niesamowitym źródłem śmiechu. Choć zaczęło się niepokojąco- gdy w pilocie pojawiły się żarciki sytuacyjne dotyczące kup niemowlęcych i wymiotów, bałam się, że na takim humorze będą bazowały następne odcinki. Tak na szczęście nie jest, przynajmniej w większości wypadków, a nawet jeśli, zrobione jest to na tyle zabawne, a nawet subtelnie, że zamiast razić, bawi. Rodzinka Chance’ów próbuje używać trudnych słów, nie rozumieją podstaw matematyki, a Annę Frank uważają za koleżankę Sabriny.

6.  Sabrina hejt


Gdy rozpoczynałam przygodę z serialem, Sabrina była jedną z moich ulubionych postaci. Mam sentyment do „dziewczyn z sąsiedztwa”. Jednak z każdym odcinkiem coraz bardziej mnie irytowała, a jej zachowania kompletnie nie rozumiałam. Dlatego z przyjemnością oglądało się i krytykowało jej zachowanie i życiowe wybory.
Zawsze uważam, że zdrowe jest posiadanie wroga w jakiejś formie 😉

7.  Lekcja życia w każdym odcinku 

To sitcom, który przedstawia niekiedy absurdalne historie przydarzające się nietypowej rodzinie i jej przyjaciołom. Każdy odcinek właśnie pod pozorem zabawnej przygody jest zaproszeniem do refleksji nad czymś ważnym. Jest nawet pewnym poszukiwaniem Prawdy przez wielkie P. Najczęściej zawierane jest to wręcz łopatologicznie w narracji Jimmy’ego, który opowiada córce, czego się nauczył, co jest naprawdę ważne. W bardzo zgrabny sposób dostajemy jak na patelni spis wartości, którymi warto w życiu się kierować. Raising Hope wzrusza, uczy, bawi.  Czy można chcieć czegoś więcej?

8. Cameo

Katy Perry, Christopher Lloyd, JK Simmons, Richard Dean Anderson (tak, McGyver podbił moje serduszko już jak byłam małą dziewczynką ), Hilary Duff, Ashley Tisdale, Melanie Griffith i można by wymieniać długo, jakie gwiazdy pojawiły się w serialu. Czasami jest to króciutka scenka, żeby tylko spoliczkować jednego z głównych bohaterów, czasami to postać, która wprawia w ruch cały odcinek, jak to było w odcinku, kiedy okazało się, że zdolność kredytowa Jimmy’ego jest mooocno naruszona, a prawnika można przekupić tylko znajomo wyglądającym samochodem.

9. Natesville

Miasteczko, w którym mieszkają bohaterowie, znalazło się na zaszczytnej liście ciepełkowych mieścin serialowych. (klik) Jak dobrze wiecie, sama siedzę na prowincji, więc mam sentyment do takich miejsc, gdzie każdy każdego zna. Warto poznawać takie miejsca, mają swój urok.  Poza tym, czy znacie jakieś inne miasto, w którym traktuje się czcią rzodkiewki?

10. Najlepsza parka ever

Na koniec zostawiłam najlepszą część tego serialu. Burt i Virginia. Oglądam sporo ciepełkowych seriali, filmów, w których miłość odgrywa główną rolę, ale chyba jeszcze nigdy nie spotkałam tak zgranej i kochającej się pary. Wydaje mi się, że każdy z nas mógłby się wielu rzeczy od nich nauczyć. Chociażby tego, że nieważne są pieniądze, jeśli jest się razem. Praca nie powinna stawać na drodze miłości. Oczywiście, droga do ich szczęścia nie była zbyt różowa- były trudne chwile, kłótnie, były nawet ucieczki z domu, ale z miłości wypracowali coś, co opiera się na wzajemnym szacunku, przyjaźni, wspólnych zainteresowaniach, pasji, wsparciu i mogłabym długo wymieniać te cechy, które każda para powinna mieć- świat byłby wtedy zdecydowanie lepszym miejscem,
Ich metody wychowawcze wprawdzie nadają się pod dyskusję, ale jako para, cóż, zazdroszczę im.

PS. A teraz czary-mary, kliknijcie w ten link, by już w czwartek o 21 cieszyć się najnowszym filmikiem :>