Nie taka pierwsza lepsza Anna [„Anne with an E” 2017]

Cykl o przygodach Ani Shirley należy do jednego z moich ulubionych, dlatego przebierałam nóżkami w oczekiwaniu na nowy serial o tej bohaterce, którego wszystkie odcinki miały zostać wyemitowane na Netfliksie w ostatni piątek. Trailer zapowiadał cudowną przygodę z ukochaną, rudowłosą brzydulą, przepis na idealny weekend. Cóż, mój weekend był mniej idealny i obawiam się, że rzeczy, które mnie zachwyciły, zostały przyćmione przez te, które zbulwersowały na tyle, że gdybym miała materialny nośnik tej adaptacji, pewnie wylądowałby na ścianie.

Co mnie zachwyciło?

  • Wyspa Księcia Edwarda – moja niespełniona miłość i podróżnicze marzenie. Część zdjęć powstało zgodnie z literackim pierwowzorem właśnie na wspomnianej wyspie i aż zapierały dech w piersiach. Podziwiamy widoczki, w których zakochiwała się Ania i dzieli się z nami tym uczuciem. Netflix, proszę, zmontujcie tylko klipy z tymi ujęciami, żeby można uspokajać się przy nich w asyście kojącej muzyczki.
  • Miałam wrażenie, że to serial, który powinien być „lekturą obowiązkową” dla niektórych polityków. Tych, co usiłują pokazać kobietom, gdzie ich miejsce. A figę! Bohaterki takie jak Ania pokazują już najmłodszym dziewczynom, że nikt nie będzie ich sadzał w kącie, cytując inny filmowy przykład. Być może niektóre rozmowy czy sytuacje były nadmiernie uwspółcześnione, tylko wrzucone w stare ciuszki, ale wydźwięk szalenie mi się podobał i nie psuł ani trochę odbioru.
  • Casting uważam za mistrzowski. Niemal każda postać od razu mi podeszła. Od tytułowego rudzielca po panią Małgorzatę (ciągle zapominam, że w oryginale ma na imię Rachel…) Podobało mi się, jak wyglądali, jak grali, jak pasowali do tej wersji bohaterów, którą mam w głowie. Najbardziej oczywiście przypadł mi do gustu Gilbert (może dlatego, wybaczcie, że ten, który towarzyszył Megan Follows nie podobał mi się ani trochę) Miał ten Gilbertowy uśmieszek, te mądre oczy i w ogóle, po cichu marzę, że jak dorośnie, dostaniemy chociaż miniserial o doktorze Blythe. A jakbyśmy dostali Anię na uniwersytecie z tym aktorem*, chyba bym skakała ze szczęścia przez miesiąc. (*Młodzian nazywa się Lucas Jade Zumann, wujaszek Google podpowiedział.)
  • Klimat serialu był dużo mroczniejszy niż książki, ale i tak znalazłam w nim mnóstwo ciepła. Co więcej, wydaje mi się, że ten mrok był w pewnym sensie potrzebny. Ania przecież nie miała łatwego życia, dlatego dobrze, że były pokazane też te smutne chwile, bo dzięki nim jeszcze bardziej doceniliśmy jej optymizm i niezłomność.
  • Czołówka. Od dwóch dni bez przerw śpiewam piosenkę Ahead by century zespołu The Tragically Hip.

 

Co przyćmiło zachwyt?

  • Wątek Gilberta został niepotrzebnie zmieniony. Możliwe, że jestem za głupia, ale niezbyt zrozumiałam, dlaczego taka zmiana. Po co? Nie mógł być tym dzielnym, pracowitym i mądrym Gilbertem bez zaplecza tragedii i nieszczęśliwego dzieciństwa?
  • UWAGA! SPOILER! Ale najgorsza w całym serialu była jedna scena z ostatniego odcinka, przy której aż złapałam się za głowę. Otóż, jeśli czytaliście powieść, to wiecie, że Mateusz Cuthbert był pracowitym, troskliwym człowiekiem o złotym sercu. W serialu też takiego przedstawiali. Aż tu nadszedł wątek, gdy Mateusz traci źle ulokowane pieniądze. Już byłam przygotowana na łzy, świadoma, że książkowo zakończyło to żywot jednego z moich ulubionych bohaterów. W serialu się wykaraskał, musiał dużo leżeć, odpoczywać. Okej, dobrze, to jeszcze, jeszcze w stanie jestem zaakceptować (zwłaszcza że pasuje do jednej z dziecięcej wersji z mojej głowy). Czego nie jestem w stanie zaakceptować, to scena chwilę później. Kiedy ten dobry opiekun chce popełnić samobójstwo, żeby jego ubezpieczenie za życie pokryło wcześniejsze finansowe straty. Ale że co, proszę? Jak taka postać jak Mateusz mogłaby coś takiego zrobić? Masakra. Może to miał być jakiś pseudoukłon w stronę Lucy Maud Montgomery, która najprawdopodobniej w swoim ostatnim dniu wzięła za dużo leków.

 

To właściwie nie jest zły serial. Gdyby był zły, porzuciłabym go po trzech odcinkach (przy dobrym wietrze). To po prostu nie był serial, na jaki czekałam. Ania jest moją sprytną, gadułą, ale przez ten miszmasz z dodatkowymi wątkami i wydarzeniami nie czuję takiego poaniowego ciepełka, jeśli wiecie, co mam na myśli. A może był to taki, na jaki czekałam, tylko muszę przetrawić te dwa wydarzenia i pogodzić się z nimi? A może po prostu jestem radykałem, jeśli chodzi o adaptacje moich ulubionych książek? To, że powiedziałam, że Potter ma beznadziejne ekranizacje nadal odbija się czkawką.

Dużo osób wspomina też z okazji tej premiery ekranizację z lat osiemdziesiątych. Uwielbiałam pierwszą część tego filmu, drugiej aż tak się nie czepiałam, ale potem nadszedł nieszczęsny dzień, kiedy moje oczy ujrzały to, co miało robić za trzecią część i opowiadać o losach Ani w czasie pierwszej wojny światowej. Nadal im tego nie wybaczyłam, dlatego produkcję Netliksa i spółki chyba uznam za moją ulubioną (choć nie idealną) adaptację przygód panny Shirley i będę czekać na kolejną serię.

  • Dobra, już lecę oglądać, bo też kocham Anię.
    Ale film z losami Ani w czasach I wś wcale nie uważam za katastrofę. Właśnie życiowy taki. 😉
    Buziaczki!

    • Nienawidziłabyś go, gdybyś przeczytała wszystkie książki ;D Książkowo to ostatni tom, „Rilla ze Złotego Brzegu” dzieje się w trakcie I wojny, dorośli synowie idą na front, a córki próbują ogarnąć domy. A to, co się działo w filmie, to dla mnie profanacja. 😂

      • No i widzisz, dzięki Tobie obejrzałam serial, to może i wszystkie książki po kolei zacznę czytać.
        Co do sceny z Mateuszem w ostatnim odcinku – dla mnie Anne with an e pokazuje życie. ^ ^ I jest dostosowany do naszych czasów. Tam, gdzie kobiety działają, sprzedają rzeczy, szukają współlokatorów, żeby tylko zebrać hajs, mężczyźni rozumują po swojemu. Mają słabszą psychikę i po części idą na łatwiznę. Czasem na starość im odbija. I dlatego uważam, że ten wątek wcale nie był niepotrzebny, tylko wręcz bardzo ważny.
        Pozdro!!!

  • Pingback: Anne with an e – czyli jaka jest nowa Ania z Zielonego Wzgórza? – Fabryka dygresji()