Dlaczego powinieneś oglądać „One Day at a Time”?

Kilka dni temu mąż powiedział, że Netflix wypuścił nowy sitcom, który podobno jest dobry. Podniosłam jedno oko do góry, niezainteresowana zupełnie, żeby powiedział, o czym to jest. Rzucił, że chyba to jakieś latynoskie. Westchnęłam, że będą mi ględzić po hiszpańsku i nic nie zrozumiem, a na moje chwilowo ukruszone serce lepsze by było coś od Hallmarku. Ale… zerknęliśmy na zwiastun. Sprawił, że kilka razy wybuchnęliśmy śmiechem, więc podłączyliśmy pierwszy odcinek. Potem drugi. I OMÓJRANY!

To remake popularnego serialu z lat siedemdziesiątych o tym samym tytule, o którym usłyszałam po raz pierwszy właśnie kilka dni temu. Opowiada historię samotnej matki wychowującej dwójkę nastoletnich dzieci z pomocą swojej mamy i sąsiada- zarządcy budynku. Rodzinka pochodzi z Kuby, a ich przywiązanie do korzeni ma duży wpływ na fabułę i, nie ukrywajmy, gagi i żarciki.
Nie spotkałam się chyba jeszcze z takim sitcomem. Z pozoru jest to coś zwyczajnego, śmiech z puszki, początkowo drewniane aktorstwo, garść sucharów. To tylko pozory. Każdy odcinek to taka pigułka mądrości i prawdy o współczesnym świecie, że nie wiem, czy jest możliwe niezakochanie się w tym serialu. Porusza trudne tematy i nie boi się z nimi zmierzyć, a przy tym ma w sobie dużo ciepełka. Płaczesz, śmiejesz się, potem znowu płaczesz.
Nie chcę Wam za dużo mówić, bo spoilery, ale obserwowanie tych bohaterów, drogi, jaką pokonują, to jedna z lepszych rzeczy, które spotkały mnie w tym tygodniu.

To nie jest zwykły serial.
Przekonajcie się o tym sami.
To tylko trzynaście odcinków trwających po pół godziny, a jest naprawdę pięknie, wesoło i mądrze.