harry potter

Dlaczego powiedziałam, że Harry Potter ma okropne ekranizacje?

W jednym z moich najpopularniejszych filmików wyliczam powody, dla których Harry Potter jest najlepszą książką na świecie. Nie da się ukryć, te kilka minut wzbudza wiele emocji, chętnie wspominacie razem ze mną, dużo komentujecie. Właśnie w tych komentarzach wyszło na jaw, że punkt piąty jest wielce kontrowersyjny. Brzmi on: Potter ma okropne ekranizacje (…) Uznałam, że muszę Wam powiedzieć, dlaczego tak myślę. Tak, Ci, którzy odgadli, że później zamiast odpisywać na komentarze, będę wysyłać link do tego artykułu- macie rację. Jestem po prostu szalenie leniwą bułką.

Przygotujcie się na długi wpis. I tak, mam świadomość, że filmy powinny trwać kilkanaście godzin, żeby mnie zadowolić, ale są rzeczy, których nie mogę wybaczyć.
1. Gdzie jest Irytek?

Pewnie powiecie, że jego postać nie wnosiła niczego szczególnego do fabuły i głównego wątku, jakim była walka z Voldemortem, był po prostu tricksterem. Pewnie macie rację, ale dla mnie Irytek jest nieodłącznym elementem Hogwartu ze swoimi dokuczkami, pioseneczkami, psotami. On po prostu jest tym nieznośnym wujkiem na imieninach, którego wszyscy mają dosyć, ale go kochają i zawsze zapraszają, bo nadaje kolorytu. Zresztą nie było wielu innych postaci, które miały dla mnie znaczenie. Nic nie wspomnieli o Mrużce (zresztą wątek Barty’ego Croucha został potraktowany po macoszemu). A najgorzej, że nie dostaliśmy naszego ulubionego badacza smoków. No jak tak można? Charlie Weasley jest postacią, która powinna dostać osobną książkę. Kapitan drużyny Quidditcha, prefekt, osoba niewątpliwie popularna, a wybiera karierę w samotności, bez rodziny. Waleczny, niezależny, pełen uroku. Niestety, filmowa wersja tylko pokazała ułamek z nim, gdy Weasleyowie są na zdjęciu z wakacji w Egipcie.

2. CO WY ZROBILIŚCIE Z RONEM?
Nie mogę też wybaczyć tego, co się stało z filmowym Ronem. W książkach radosny, przyjacielski, mądry, a filmy zrobiły z niego półgłówka- przynajmniej dzięki temu wiemy, że autor Przeklętego dziecka obejrzał tylko ekranizacje. Chcecie kilka przykładów? Gdy książkowy Ron mówi przy diabelskich sidłach „Użyj różdżki, jesteś czarownicą”, filmowy panikuje, że kipnie i nic już go nie uratuje. Gdy Snape zadaje pytanie, na które Hermiona udziela prawidłowej odpowiedzi, czym ukarał ją zabraniem punktów domu, książkowy Ron wkurza się, że po co w takim razie zadawał pytanie i obrywa szlaban. Co robi filmowy? Przyznaje rację nauczycielowi, że Hermiona nie powinna się odzywać… Żarty czy wtrącenia książkowego Rona były przezabawne, filmowy po prostu robił za błazna. Lub nie mówił nic, co było jeszcze gorsze.
3. Atak na Norę.
Nie ukrywam, że Książę Półkrwi jest najgorszą ze wszystkich ekranizacji. Będę o niej wspominać jeszcze kilka razy w tym wpisie. Jednej ze scen kompletnie nie rozumiem. Atak na dom Weasleyów i spalenie go. Zaraz, ale jak to? Nie macie czasu, żeby opowiedzieć historię Voldka (patrz pkt. 7), a wrzucacie scenę, której nie ma w książce? Że niby to ma budować grozę? Buhu.
4. Co się dzieje z filmową Ritą Skeeter?
Jednym z moich ulubionych elementów Czary Ognia była Rita Skeeter. Nie znosiłam babska, ale uwielbiałam o niej czytać. Najwięcej radości przysporzył mi jej koniec, kiedy to Hermiona przechytrzyła małpę i dała jej nauczkę. Czy film w ogóle o tym wspomniał? Nie, w filmie jest zwyczajną dziennikarką, która trochę przekręca prawdę ze swoim magicznym piórem. Ot, taka pudelkowo-clickbaitowa publicystka. Nic więcej. Czytelnicy książki wiedzą, że była niezarejestrowanym animagiem i podsłuchiwała wszystkie ploteczki pod postacią żuka. To buduje jej postać, ale po raz kolejny, filmy nie miały na to czasu. Nie miały też czasu, żeby pokazać spryt Hermiony.
5. Czemu zepsuliście Dumbledore’a?
Szkoda mi tego, co zostało zrobione z Dumbledorem. Być może wybór Michaela Gambona do tej roli nie był strzałem w dziesiątkę, był po prostu zbyt żywiołowy, za dużo energii wcielał w postać dyrektora, który był przecież spokojnym, dystyngowanym staruszkiem w okularach-połówkach i swoimi wywodami zawsze starał się przynieść ukojenie. Do historii przejdzie cytat, w którym pyta Harry’ego, czy umieścił swoje imię w Czarze Ognia. W tym jednym zdaniu -jak jest napisane, a jak jest zagrane – widać podstawową różnicę między książkowym a filmowym dyrciem. A szkoda. Szkoda też, że nie znaleźliśmy w filmach czasu, by poznać jego historię, np. chciałam czegoś więcej o jego relacji z Gellertem Grindewaldem, ale tu pozostaje liczyć, że Fantastyczne zwierzęta 2-5 nam to wynagrodzą.
6. Brak perełek i drobiazgów.
Dlaczego kochamy Hogwart? Bo jest magiczny, a jego magię tworzą te wszystkie małe elementy, które się składały na historię, którą czytaliśmy. Widzowie nie mieli szansy uczestniczyć w przyjęciu z okazji rocznicy śmierci Prawie Bezgłowego Nicka. Widzowie nie doświadczyli uczestnictwa w Stowarzyszeniu WESZ. Ba, widzowie nie poznali Huncwotów!!! To dopiero skandal. Ich nie można nazwać drobiazgiem. Wyrzucili do kosza dużo istotnych wątków, które choć czasem niepozorne, tworzyły książkę.
7. Geneza zła.
Dlaczego nie znoszę najbardziej ekranizacji szóstej części? Książę Półkrwi był wyjątkową książką, w której poznaliśmy historię Voldemorta, jego początki, jeszcze nawet z czasów, zanim się narodził. Poznaliśmy Gauntów, dowiedzieliśmy się czegoś o nim i choć nie lubię uzasadniania złym dzieciństwem późniejszego złego zachowania, tak tu dostaliśmy takie światło. Pozwoliło nam to gdybać, pozwoliło nam zastanawiać się, dlaczego Tom Riddle stał się tym, kim się stał. W filmie była jedna scenka z podpaleniem szafy, a druga po śmierci Jęczącej Marty, by zasugerować podobieństwo Toma do Harry’ego. I tak było też to za mało podkreślone.
Istotą do zrozumienia Voldemorta jest szczegółowe poznanie jego życia- do tego dążył Dumbledore. Widzowie nie mieli takiej szansy i to niewyobrażalna strata, bo ten antagonista zasługuje na to, żeby o nim wiedzieć jak najwięcej. Mimo wszystko.
8. Czemu olaliście Longbottomów?
Franka, Alice i Nevillka? BABCIĘ?! To kolejna rzecz, która mnie w tych filmach irytuje. Nie poznaliśmy babci Neville’a, która była cudowną kobietą, dzielną i waleczną, choć na początku, jak cała rodzina, wydawała nam się zdziwaczała. Nie poznaliśmy prawdy o Franku i Alice, czyli jego rodzicach. A nie, przepraszam, była jakaś okropnie sztuczna scena, kiedy Neville coś o nich wspomina przy zdjęciu. W książkach główny bohater trafił przypadkiem na nich w szpitalu św. Munga. Odkrył sekret szkolnego kolegi, przyjaciela, bo sam z siebie raczej by się do tego przyznał, ponieważ tak rozumiał odwagę. Filmy krzywdzą Neville’a też w kolejny sposób. Nie uwypuklają tego, że tak naprawdę to on mógł być wybrańcem.To jego mogła dotyczyć przepowiednia.
9. Insygnia Śmierci. 
Kolejna rzecz, która mnie zdenerwowała. O ile mnie pamięć nie myli, głośno przeklęłam wtedy w kinie. Koniec ostatniego tomu (jeszcze nie epilog), kiedy Harry trzyma w swoich dłoniach najpotężniejszą różdżkę, jaką znał świat czarodziejski. Co robi książkowy Potter? Stwierdza, że tak naprawdę tęskni za swoją właściwą różdżką, tą, która go wybrała, jak miał jedenaście lat, więc wykorzystuje moc Czarnej Różdżki, żeby naprawić tamtą z ostrzokrzewu, która się złamała. Ukrywa później ją w grobie Dumbledore’a i liczy na to, że wraz z jego śmiercią utraci ona swoją ponurą siłę.
Co robi filmowy Potter? Łamie ją na pół i wrzuca do jeziora przy zamku. Wow. Jak dojrzale.
10. Śmierć Voldemorta.
(…) Voldemort runął do tyłu z rozkrzyżowanymi ramionami, a jego wąskie źrenice podbiegły do górnej krawędzi szkarłatnych oczu. Tom Riddle padł na posadzkę z pustymi rękami, jego ciało skurczyło się i zwiotczało, z podobnej do głowy węża twarzy znikł wszelki wyraz, zagościła w niej pustka. (…) [cytat za J.K. Rowling, Harry Potter i Insygnia Śmierci, wyd. Media Rodzina, Poznań 2008, s. 762]
Przeczytajcie powyższe zdania jeszcze dwa razy, a potem przypomnijcie sobie, jak wygląda scena jego śmierci w filmie.
Nie mogę tego znieść. Zamiast ukazanej marności, mamy kolesia, z którego robi się szare confetti. Serio? Serio?!
Aż brak mi słów, gdy o tym myślę.
Bellatrix też się rozpadła, czego nadal nie rozumiem. Chcieli się popisać efektami specjalnymi i tyle, a zepsuli sens.
11. Harry/Hermiona=Harry/Ginny. 
Widzowie mogą czuć się oszukani. Nic dziwnego, że shippują Hermionę z Harrym, jak aktorzy ich grający- głównie za zasługą Emmy Watson- mają taką chemię ekranową. Wprawdzie scena w namiocie jest jedną z najcudowniejszych, piosenka w tle, ten uśmiech, ale tak nie było w książce. Jasne, Rowling coś tam próbowała na jakiejś konferencji tłumaczyć, ale powiedzmy sobie szczerze, nie było niczego ponad przyjaźń między nimi. Z prostej przyczyny. Harry nie zrobiłby tego Ronowi. Nigdy.
Skrzywdzili też ekranowo związek Harry’ego i Ginny… I to jak. Tam się to uczucie tak powoli budowało i to było takie piękne. Ich pocałunek! Nastoletnia ja miała ciarki, gdy przeczytała o wygranej w quidditcha, a później tym namiętnym pocałunku. A tu? Zabiorę cię do pokoju życzeń i rzucę nędznym tekstem z komedii romantycznej. Ginny książkowa była zajebista. Mądra, odważna i cierpliwa. Filmowa? Bezbarwna.
12. Petunia 
Kolejną postacią, która filmowo została skrzywdzona, jest ciotka Harry’ego. Chyba łatwiej byłoby ją zrozumieć. Książkowa Petunia marzyła o dostaniu się do Hogwartu. Co, zapomnieliście o tym? Też chciała być wyjątkowa, jak jej siostra, ale ponieważ to się nie udało, stała się zazdrosna i zgorzkniała. Mimo wszystko, kochała Lily. Filmową Petunię i złożoność jej postaci ratuje jedynie wycięta scena z nią, gdy mówi Harry’emu, że nie tylko on stracił wtedy matkę, ona straciła siostrę. W tym krótkim zdaniu jest ukryta potęga, która jest podstawą tej książki. Miłość.
13. Turniej Trójmagiczny
Przekłamanie filmowe zafundowało nam przedstawienie dwóch szkół goszczących w Hogwarcie tamtego roku. Od kiedy to w Bauxbatons nie ma chłopaków? Byli w niej od zawsze, a nazwisko jednego z nich mogło obić się Wam o uszy. Nicolas Flamel. Tak samo nigdy nie zostało powiedziane o tym, że w Durmstrangu nie było dziewczyn, choć do Hogwartu przyjechała tylko jedna, o której jest wspomniane między słowami na kartach książki (jeden z chłopaków wskazuje jej palcem Pottera). Czytelnicy doskonale sobie zdają sprawę, że te szkoły były koedukacyjne.
To tylko garstka powodów, dla których powiedziałam to, co powiedziałam. Co Wam najbardziej przeszkadzało w filmach na podstawie Pottera?
A jeśli nadal uważacie, że te ekranizacje są tak cudowne i wspaniałe, że tylko trzeba się nimi zachwycać, to mam na to jedną poradę: Najwyższy czas na ponowną lekturę książek, tylko tym razem zróbcie to dokładnie.
PS. Powód numer 5 brzmi właściwie: Potter ma okropne ekranizacje, ale i tak je uwielbiamy.
Bo taka jest ta dziwaczna prawda. Mogę ich nie znosić, ale je równocześnie uwielbiam i też są rzeczy, za które je cenię, ale o tym może już innym razem.