Fernweh

Gdy zasłuchuję się w smutnych piosenkach, jestem bezproduktywna. Na odtrutkę sięgnęłam po moje ulubione (kiedyś) czasopismo. Nie jestem jego targetem, dlatego czytam tylko kilka działów. W jednym z nich uruchomili rubryczkę pt. „obcojęzyczne słowa, które nie mają prawdopodobnie polskiego odpowiednika”. Zainteresowałam się, a jedno słowo szczególnie przykuło moją uwagę.  Fernweh, pochodzące z niemieckiego, które podobno oznacza tęsknotę do miejsca, w którym się jeszcze nigdy nie było. Odczuwaliście kiedyś coś takiego?
Bo ja owszem. Już jako mała dziewczynka wymarzyłam sobie, że kiedyś, jak się zakocham, to pojadę do Paryża. Z wypiekami na twarzy oglądałam filmy, których akcja toczyła się we francuskiej stolicy, z Emmą Morley zaczęłam się utożsamiać jeszcze bardziej, kiedy tam wylądowała, lubiłam zamykać oczy i wyobrażać sobie, że spaceruję sobie nad Sekwaną, a w tle przygrywa muzyka, która idealnie wpasowała się w klimat. Marzenie to udało się zrealizować. Połączyły się właściwie dwa marzenie. I jakie wrażenia? Mimo okropnej pogody i zaledwie kilku dni tam, ani trochę nie rozczarował. Może to zasługa tego połączenia marzeń? Wydawało mi się, że będę rozczarowana, bo nabudowałam sobie ogromną ideologię do „zwykłego” miasta. A jednak chłonęłam atmosferę całą sobą i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś mi się uda tam pojechać.
A co jest teraz na mojej fernwehowej liście? Właściwie, nie wiem, może taki park rozrywki, który powstał w Polsce niedawno, a wygląda (przynajmniej w moich snach) bardzo światowo? Może Londyn, bo jako dorosła osoba mogłabym go odkryć na nowo? Może Wyspa Księcia Edwarda? Może jakiś nieodkryty zakątek? Nie wiem, ale wcale mi to nie przeszkadza. Miło jest zamknąć oczy, pomarzyć i potęsknić za jakimś miejscem. To, że tęsknimy, oznacza, że nam jeszcze na czymś zależy.