10 rzeczy, których „To właśnie miłość” nauczyło mnie o życiu

Opublikowane przez ebi w dniu

Prawie 30 tysięcy osób kliknęło, że obejrzy „Love Actually” przed świętami. Ja również i postanowiłam przekuć swoje myśli po setnym seansie w notkę.  Z góry przepraszam, że ten wpis jest przesycony gifkami. A co ja chrzanię! Nie przepraszam. Dzięki temu możecie bardziej poczuć klimat tego kultowego filmu. Tak, te kliknięcia na fejsie definiują dla mnie film jako kultowy i nie możecie się ze mną kłócić.

1. Jeśli wyrażasz komuś swoje uczucie, rób to z klasą.

Scena z karteczkami przeszła do historii kina. Nawet jeśli nie znasz filmu, znasz tę scenę. Z opowieści, ze scenek na youtube, z gifków, z tego, że Twoi znajomi właśnie tę scenę pokazują jako swoją ulubioną i wspominają, gdy mówią o filmie. Nawet ja zaczęłam od niej notkę. Jest piękna, ma w sobie i humor i serce i świąteczną melodię w tle, ale co najbardziej mnie urzeka, oświadczenie to jest bezinteresowne.
Mark wie, że dziewczyna, którą od dawna kocha, pokochała jego najlepszego przyjaciela i nigdy nie będą razem, ale mimo to, mówi jej o swoim uczuciu i nie oczekuje wzajemności.
Bo taka jest prawda. I chciał być fair w stosunku do niej i do siebie.
Szkoda, że nie zastosowałam się do tego punktu, gdy wypadło na mnie i na mojego operatora- choć też wyszło dość filmowo (przynajmniej on tak śmie twierdzić). 

2. Niespodzianki na ślubach są ekstra.
O popularności tej sceny świadczy to, że jak wpisałam na youtube, że mnóstwo par miało coś podobnego na swoich ślubach. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to to najwyższy czas, żebyście wyłączyli tego bloga i nadrobili filmową zaległość.
A dla tych, którzy widzieli, to małe przypomnienie, że chodzi mi o scenę, kiedy Peter i Juliet już mają kroczyć nawą po ożenku, a nagle pojawiają się chórzyści i zaczynają śpiewać klasyk „All you need is love”, by później dołączył do nich wokalista oraz muzycy ukryci w różnych zakamarkach kościoła. Znów genialny Mark!

Może przy każdej scence będę pisać coś osobistego? Nie obrazicie się, prawda? 😉 Jeśli kiedykolwiek dojdzie do mojego wesela, to pewnie są osoby, które to czytają, a będą tam obecne jako moi przyjaciele, goście od strony panny młodej i tak dalej. Najpiękniejszym prezentem od Was byłoby wykonanie „Seasons of love” w trakcie wesela. (Tak, wiem, że La vie Boheme byłoby bardziej efektowne, ale jednak ta pierwsza piosenka bardziej pasuje i więcej dla mnie znaczy)

3. dance it out!
Zasada Cristiny Yang towarzyszyła mi już od czasów, gdy premier Wielkiej Brytanii radośnie podskakiwał w rytm hitu „Jump”. Tańczmy. Jak coś nas gryzie, jest nam smutno, odpalmy energiczną muzykę i zwalczmy tym doła. Jak jesteśmy szczęśliwi, świętujmy. Nie musimy tego umieć. Przecież Hugh Grant nie wygrałby żadnego odcinka You can dance, a mimo to, jego postać to robi. Bez spiny, że przy Downing Street 10 nie wypada, bo zapomina o istnieniu całego świata. Wyrzuca z siebie emocje. I to jest super. I lepsze to nawet niż boksowanie. A poza tym, ile kalorii się spali w trakcie? Same plusy.

Zresztą, wspominałam o tym tutaj ;D

4. Nie musi być idealnie, żeby było idealnie.
Kulawe oświadczyny w kalekiej językowo mieszaninie angielsko-portugalskiej z natrętną rodzinką w tle? Wproszenie się na szkolne jasełka w tajemnicy, która w najmniej oczekiwanym momencie przestaje być tajemnicą? Coś nie poszło zgodnie z planem? No i co z tego! Ważne, że efekt jest. Ważne, że nasze serduszko jest w dobrym miejscu. A co wtedy najlepiej zrobić? Lekcja premiera lub pingwinów z Magaskaru: z uśmiechem, panowie! Dygnięcie też jest milutkie.

5. Życie jest lepsze, jeśli doświadczamy go z kimś, na kim nam zależy.
Elton John zaprosił Was na imprezkę? Oh wow! To będzie wydarzenie towarzyskie roku. Ale jak to? Wolicie spędzić święta razem z kumplem, oglądać telewizję i żreć pizzę? Pochrzaniło Was? Ano nie. Wręcz przeciwnie, wolicie spędzić czas z kimś, kto jest dla Was ważny, zamiast z ludźmi, którzy doceniają Was tylko, jeśli odniesiecie sukces. To bardzo cenna lekcja. Bo w sumie, jakie ma znaczenie robienie takich rzeczy, jak możemy jedynie potem wrzucić zdjęcie na fejsa czy instagrama? A jak bylibyśmy tak z przyjacielem, to wspomnienia będą zawsze bardziej prawdziwe niż fotka w internecie. Zresztą, dobrze to podsumowuje zdanie z serialu, po którym nadal cierpię: „Whatever you do in this life, it’s not legendary, unless your friends are there to see it.” No, Barney Stinson trafny jak zwykle.

A ja przy tej okazji życzę Wam na święta, żebyście mieli, z kim przeżywać swoje życie.
Bo tak naprawdę… nic więcej się nie liczy.

6. Jeżeli pizda Cię zdradziła, rzuć wszystko w cholerę i wyjedź na południe Francji.
Naprawdę ciężko mi zrozumieć, jak można zdradzić osobę, której mówi się, że się ją kocha. Jak można zdradzić Colina Firtha, to nie jestem w stanie w ogóle pojąć. Ale stało się. I co można w takim wypadku zrobić? Reset baterii, on wyjechał, by pisać swoją powieść. Podziałało. Nawet gdyby się tam nie zakochał, nabrałby dystansu i byłoby mu łatwiej ukoić złamane serce.

Ten punkt powinien zawierać adnotacje 6b. Że czasami są takie sytuacje, w których wybaczenie jest trudniejsze, ale jest lepszym rozwiązaniem. Jeśli ma się do pomocy Joni Mitchell, to może się to udać.

PS. Jeśli to czytasz, szczeniaki też są dobre <3

7. Święta to stan umysłu i….
Ten punkt zabrzmi okropnie i może jakbym była hipokrytką, ale mam nadzieję, że zrozumiecie moje intencje. A więc, dla mnie święta to stan umysłu i każdy, kto ma tylko ochotę, może je obchodzić. Okej, jest religijna otoczka, ok, od tego się zaczęło, ok, dla niektórych jest to ważne. Ale są ważniejsze rzeczy. Religia ich nie przekreśla, ale wydaje mi się, że buduje zbędny patos?
Wyobrażacie sobie, żeby w Polsce wokalista  rozebrał się w Wigilię w telewizji?
No właśnie.
Dla mnie święta powinny mieć w sobie więcej radości, zabawy, spotkań z rodziną. Pasterka party? Proszę bardzo! Bawmy się, radujmy. To, czy ktoś się urodził dwa tysiące lat temu i obchodzimy jego urodziny jest względne, więc, cóż, nie linczujmy się, jeśli będziemy chcieli się od tego odciąć.
Żeby nie było, nie nawołuję tutaj do ateizmu, tylko po prostu wydaje mi się, że za mało cieszymy taki magicznymi chwilami, o. Za mało tej radości w radości.

8.  Kartki świąteczne mogą zmieniać życie.
Piszmy je. Po prostu, tu nie ma żadnej wielkiej filozofii. Sms przepadnie, oznaczenie znajomych na świątecznie stylizowanym fejsbukowym obrazku będzie chwilowe. Papierowe życzenia zostaną na dłużej. (co prawdopodobnie Wam udowodnię w pierwszy dzień świąt 😉 )
Uważam to za miły zwyczaj i zamierzam go kultywować (szkoda tylko, że zwykle wtedy dodaję „od przyszłego roku”, bo sobie zwyczajnie zapominam i dopiero w Wigilię widzę stosik niewysłanych kart). No ale, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, Święta 2015 będą wyglądały inaczej, więc i na kartki (oczywiście, DIY!) zostaną wysłane.

W zeszłym roku zapomniałam wysłać kartki. Chciałam zrobić ostatnio. Uff! Dobrze, że lenistwo powstrzymało mnie przed pójsciem na pocztę. Ale dla mnie, dużo refleksji przyniosła lektura. W sumie, tylko jednej osobie mogłabym wysłać taką samą kartkę, jak rok temu. I za to jej dziękuję, choć pewnie nie wie, że o niej właśnie piszę. O ile w ogóle czyta czasami te moje wypociny 😉 

9. Jeśli wpadnie Ci do głowy genialne rozwiązanie problemu, robisz to. 
Nieważne, czy to opanowanie podstaw portugalskiego w kilka dni czy nauczenie się gry na perkusji, by móc wystąpić na koncercie. Love Actually nauczyło mnie, że jeśli się czegoś bardzo pragnie i pracuje nad spełnieniem tego pragnienia, to się uda. Albo inaczej: nauczyło mnie wierzyć w to i tak staram się postępować w życiu codziennym. Marzyć, ale i pracować nad spełnianiem tych marzeń.
Nawet jeśli rozwiązanie Twojego problemu jest tak absurdalne, jak „sprzedam wszystko, wyjadę do Stanów, a tam na pewno zaliczę”. I co? Zadziałało.
Więc, zamiast marudzić, narzekać czy po prostu, przemijać w swoim życiu, może warto się nauczyć czegoś od bohaterów filmu i się ogarnąć?

10. W szopce betlejemskiej były homary i ośmiornice. Duh!
Wycięte sceny to zbrodnia. Jeśli nie oglądaliście (zamieszczonych na DVD) scen, koniecznie musicie to nadrobić. Bez nich historia bohaterów jest czasami taka od czapy. Wątek Sama i Daniela zaczyna się tak nagle, przy rozmowie na ławce. W wyciętych scenach jest rozszerzone ich odnajdywanie się w nowej rzeczywistości i zaprzyjaźnianie się, a zawiera w sobie, m.in, nagą Claudię Schiffer czy wyplakatowany pokój Sama, w którym „wstrzykuje sobie narkotyki w oczy”. Naprawdę brakuje tego!

Tak samo scena, która została wycięta po scence z córką Karen i zaskoczeniem, że w szopce będzie więcej niż jeden homar. Poznajemy jej syna, który dostał zaszczytną rolę aniołka, ale ów syn uważa, że aniołki to cieniasy i wcale nie jest z tego zadowolony. A później tak broi w szkole, że matka zostaje wezwana na dywanik. Co przeskrobał? Uczniowie mieli za zadanie napisać wypracowanie o swoim świątecznym marzeniu, niektórzy pisali o pokoju na świecie, inni o wyzdrowieniu chorej siostrzyczki. A Bernard? Jego świątecznym marzeniem jest to, aby przynajmniej w ten jeden dzień w roku można było widzieć, jak ludzie pierdzą. Że przynajmniej raz babcia nie mogła by zwalić winę na psa. A msze w kościele nagle stałyby się zabawniejsze. Kaman! Wspaniały, młody człowiek, a scena, która dzieje się po owym dywaniku na korytarzu między matką a synem- MUSICIE ją zobaczyć.
Zbrodnią było też wycięcie historii dyrektorki (Curtis w materiałach dodatkowych tłumaczył, że bez wątku z Bernardem nie miałaby sensu; cóż, może trochę racji miał). A więc dyrektorka jego szkoły jest surową kobietą, taką nauczycielką, z którą każdy się kiedyś spotkał i czasami nadal śni się po nocach mu jako postrach. Ale ta wredna nauczycielka każdego dnia wraca do domu, gdzie czeka na nią ukochana. I to jest piękne, bo pokazuje, że ktoś, do kogo nie przypisywalibyśmy w ogóle takich cech, może być kochający, troskliwy, że w jego życiu miłość też odgrywa ogromną rolę. Wątek smutny, bo nieuleczalna choroba też odgrywa w nim rolę…
 źródło

A Wy? 
Czego nauczyliście się dzięki Love Actually? 
Kategorie: filmy