Nie zdążyłam… Żałuję.

W internetach ostatnio głośno na temat pewnej żenującej kampanii społecznej. Przy wcześniejszych pomysłach tej fundacji tylko blatowałam (to jest takie uczucie, gdy ktoś po prostu tak zadziwia Cię swoją głupotą, że jedyne, co Ci pozostaje, to uderzać rytmicznie głową w blat, żeby się uspokoić) Tym razem mnie wkurzyli. Ale nie chcę sobie psuć piąteczku i myśleć o tym, jak bardzo trzeba być ograniczonym, żeby stworzyć taki spot i święcie w niego wierzyć. Lepiej się nim zainspirować. I tak oto powstała krótka lista rzeczy, których ja nie zdążyłam zrobić.


Nie zdążyłam zobaczyć disneyowskiej Atlantydy, jak byłam dzieciakiem.

Pewnie jest jeszcze cała masa takich filmów. Wczoraj miałam okazję nadrobić braki i z wielkim żalem odkryłam, że to kilkunastoletnie spóźnienie sprawiło, że film mnie nie oczarował tak jakby oczarował moją jedenastoletnią wersję. Rany! Gdybym go wtedy widziała, od razu pobiegłabym do biblioteki, szukać książek o Atlantydzie, wypytywałabym Rodziców o wszystko, co wiedzą na ten temat, a potem wzięła plecak i wywędrowała na ekspedycję (która pewnie zakończyłaby się w najbliższym lesie, przy studni, ale to nie jest ważne) Tęsknię za tą dziecięcą ciekawością świata i umiejętnością bycia oczarowaną. Owszem, trzeba przyznać, że dużo z tego zachowałam, ale wtedy to wszystko działało na 200%; teraz tylko 115. Zastanawiam się więc, ile filmów czy książek przegapiłam w dzieciństwie i nie przeżyję ich już tak mocno.
Chociaż w takich momentach przypominam sobie, że istnieją tacy, którzy nie dorastali z Potterkiem, więc  i tak wygrywam z moim Schadenfreude.
Nie zdążyłam wyjechać na szczyt Wieży Eiffla.
W Tokio mnie jeszcze nie było, ale zdążyłam odwiedzić Paryż. Teraz żałuję. Żałuję, że na tej najsłynniejszej wieży miałam takiego pietra. Mam jakiś dziwny rodzaj lęku wysokości chyba. Wejdę na każdą możliwą karuzelę czy rollercoaster, ale gdy chodzi o jakąkolwiek wieżę coś się w tym moim małym, kochanym móżdżku przestawia i panikuję. Żałuję, że nie przełamałam swojego lęku i nie odważyłam się, żebym wyjechać na samą górę (byłam tylko na 2. piętrze, co w sumie i tak jest wyczynem) Nie wiem, czy okazja się kiedyś powtórzy. Ale nadrabiam i na wieżę w Energylandii wyjechałam, chociaż pewnie darłam się tak, że cały powiat wadowicki to słyszał.

Nie zdążyłam wydać powieści przed osiemnastką. 
Pomimo niektórych wpadek rynku wydawniczego, wydaje mi się, że to nadal dobry chwyt marketingowy. Zwłaszcza, jak ktoś jest tak błyskotliwym pisarzem jak ja. Łohohoho ;D Cóż, będę musiała wydać ją, mając lat dwadzieścia sześć. Co prawda ostatnio brakuje mi czegoś w rodzaju motywacji, żeby ją skończyć, ale jestem dobrej myśli. Wiecie, to jest ten etap, kiedy w głowie przed zaśnięciem pojawiają się genialne zdania, zdania, które odmienią czyjeś życie, a gdy człowiek usiądzie przed komputerem lub papierem, nagle one znikają. Nienawidzę tego, więc jeśli znacie jakiś sposób, jak się z tym uporać, to może mnie nauczycie
A tak poważnie… Mój przyjaciel, który za pięć dni obchodzi urodziny (widzisz, jaka jestem miła i wspominam o Tobie tutaj? 😛 ) zawsze mi powtarzał: „Nigdy niczego nie żałuj”. I zgodnie z tą myślą staram się żyć. Robić to, co uważam za słuszne, nie oglądać się na stracone szanse. Mam taki przywilej, że dzisiaj znajduję się pewnie w TOP10 najszczęśliwszych osób na świecie, więc to daje siłę. Bo wszystko, co złego się przydarzyło w moim życiu, doprowadziło mnie do tego momentu, w jakim jestem. Nie żałuję. Ciągle się uczę. Na własnych i cudzych błędach. I tego Wam też życzę.