Niziołkowie po raz drugi, czyli „Droga do Achtoty” Małgorzaty Klunder

 
Pamiętacie Niziołków? Kilka miesięcy temu opowiedziałam Wam o przygodach tej sympatycznej rodziny zarówno na łamach blogowych, jak i vlogowych. Miałam przyjemność przeczytać kolejną część sagi, której tytuł brzmi „Droga do Achtoty”, dlatego dziś pozbawiona puenty (padła po prostu na ostatnich stronach książki) mogę kontynuować opowieść. Postaram się też głośno zastanowić, czy takiemu lewakowi, jakim jestem, może taka książka się podobać. 

W przeciwieństwie do poprzedniej części, której akcja rozgrywa się przez kilkadziesiąt lat, ta skupia  się wokół kilku miesięcy. Dzięki temu możemy przyglądać się zwyczajnej codzienności bohaterów i ich lepiej pozna, co mnie bardzo ucieszyło, bo ciągle szukam książek, w których pojawia się wątek osób niedosłyszących, nieważne, czy jest to główna oś fabularna czy bohater drugoplanowy. Nic więc dziwnego, że czekałam na drugą część Niziołków.
W centrum uwagi tego tomu znajduje się Janek. Moje pedagogiczne serduszko (mimo że jak wody święconej unikam bycia belfrem, to jakaś cząstka jednak bije po nauczycielsku) niezmiernie się radowało podczas czytania perypetii syna Różyczki i Roberta. Przyjemnością byłoby mieć z nim zastępstwo, a nawet muszę przyznać, że z ciekawością uczestniczyłabym w zajęciach z jego głównego przedmiotu. Lubię otwarte głowy, a Janek taką posiada. Posiada też wielkie serce, które sprawiło, że niemal płakałam, gdy pomagał swojemu najlepszemu przyjacielowi w tak trudnych chwilach. Myślę, że to osoba, którą można sobie stawiać za wzór i inspirację przy zwykłych rozterkach i radościach dnia codziennego. No bo, popatrzmy. Dowiaduje się, że ktoś pilnie potrzebuje pieniędzy na leczenie chorego synka. No to w drogę! Organizuje ogromny festyn, podczas którego zbierane są pieniądze wieloma metodami. A to można rzucić pomidorem w najmniej lubianego nauczyciela, a to wykupić taniec z najbardziej lubianym, a to zaangażować się na inne sposoby. Niby zwykły gest, każdy chciałby pomóc, ale właśnie, przy wielu z nas na chęciach się kończy.
Książka też skupia się na drugim aspekcie, w który zawsze lubię zerknąć. Nasza droga Ela przygotowuje się do zamążpójścia, a ja, gdybym mieszkała w wielkim mieście, na pewno pracowałabym jako konsultantka ślubna. I cieszę się, że mogłam się temu procesowi przyjrzeć z perspektywy osób, które w niektórych względach są mi bardzo odległe światopoglądowo. Zajrzałam przez dziurkę od klucza, jak wyglądają takie nauki przedmałżeńskie i nauczyłam się, że nie musi to wszystko być takie huczne, głośne i tak dalej, czego już nauczyła nas Perełka w poprzedniej części. Wiadomo, że przy niektórych wątkach aż chciało się popukać w czoło i powiedzieć „Oj, Elka, nie wiesz, co tracisz”, ale z drugiej strony trochę podziwiałam tą niezłomność i wierność swoim ideałom.Wiem też doskonale, czym jest związek na odległość, dlatego znów Elanor była postacią, z którą najbardziej się utożsamiałam. A ta niespodzianka na koniec od Davida! Cudowności. Panowie, uczcie się.
Moja hejterka powinna niedługo wrócić ze swoich wczasów, a do walizki wrzuciłam jej „Roberta i Różę„. Mam nadzieję, że pojedzie gdzieś jeszcze, bo z przyjemnością dodałabym kolejną część. Bohaterowie mają w sobie tyle rodzinności, że sprawiają, że czuję się częścią tej rodziny. Wiem, że byłabym w niej czarną owcą, ale wiem też, że mimo to, byłabym kochana, a to chyba najlepsze, co może być. Jeśli ktoś nas akceptuje bez względu na to, kim i jacy jesteśmy. Niziołkowie/Niziołki nas tego poniekąd uczą, dlatego warto ich poznać.

Premiera już za kilka dni. Wybierzcie się zatem do swoich księgarni lub bibliotek, żeby miło i wakacyjnie spędzić czas, bo to pozycja idealna do plecaka czy na plażę.

Za możliwość wcześniejszej lektury tej sympatycznej książki dziękuję serdecznie Wydawnictwu Replika.

Dodaj komentarz