Nie jestem w stanie powiedzieć, jak długo się zastanawiałam, czy tu coś napisać na temat najnowszej książki Gosi Falkowskiej. W końcu skleciłam do niej list w formie elektronicznej, bo uznałam, że może to, co chcę przekazać, powinna tylko ona usłyszeć. Nie chciałam sprawić przykrości ani wrażenia, że to zazdrość dyktuje moje słowa. Mimo wszystko, doszłam do wniosku, że taka notka też może być przydatna. Mam taką nadzieję. 

Paleta marzeń to historia młodej dziewczyny po przejściach, Magdy i ulicznego malarza, Alka. Pewnego dnia namalował portret jej córki, który został opublikowany w gazecie. Magda dumna ze swojej świeżo zdobytej wolności (rozwód z brutalnym mężem) postanawia pozwać chłopaka za bezprawne wykorzystanie wizerunku. Musiało wtedy mocno przygrzać, gdyż sąd stwierdził odroczenie sprawy o tydzień, by w tym czasie Magda zamieszkała 24/7 z Alkiem, poznała jego życie i przemyślała, czy chce dalej go pozwać.  Tak. Dobra, niech będzie. Możemy to kupić. To przecież fikcja literacka. Możemy też kupić to, że maltretowana dziewczyna, której udało wydostać się z jednej klatki, wchodzi jak cielę do kolejnej. Możemy? Według mnie nie bardzo, bo trauma bycia w związku z kimś, kto się znęca nad nami psychicznie i fizycznie, tak bardzo dusi człowieka, że to ostatnia reakcja, jakiej bym się spodziewała. Zdecydowanie bardziej realistyczną reakcją na taki wyrok byłoby rzucenie wszystkiego i olanie pozwu. A może po prostu, żeby coś takiego wiedzieć, trzeba to przeżyć. Dobrze, wróćmy do historii. Magda mieszka u Alka, jeżeli można nazwać to mieszkaniem- buda z jednym materacem. Po jakimś (bardzo krótkim) czasie rozpoczynają romans. I tak. Mam na pieńku z seksem. Przepraszam, mam na pieńku z literackim opisem seksu, bo sam w sobie jest drugą najlepszą rzeczą po pysznym jedzonku. Dobra erotyka to wielka sztuka. Zdarza mi się czytać opowiadania o tej tematyce i jestem pełna podziwu dla autorów, którzy potrafią ogarnąć ten temat. Uważam też, że jeżeli ktoś tego nie potrafi, to lepiej zostawić subtelności, sugestie, nutkę tajemnicy, a „seksy” poćwiczyć na forach czy portalach do tego przeznaczonych. Magda i Alek co drugą stronę doprowadzali mnie do przewracania oczu, a nie chęci odłożenia książki na bok i zaproponowania mężowi ciekawej przerwy od czytania naszych książek czy mundialu. To chyba coś znaczy.

Mogłabym jeszcze długo wymieniać, co mi się nie podobało. Od baboli z mieszaniem postaci po fabularne nieścisłości przez lekceważące potraktowanie tematu przemocy domowej czy durnych rodziców głównej bohaterki. Wobec tego, co mogło mi się podobać? Pomysł na historię. Było w niej coś bajkowego, nawet jeśli ta bajka to Piękna i bestia z syndromem sztokholmskim w tle. Każdy powinien przeżyć w swoim życiu wakacyjny romans* i dobrze jest od czasu do czasu poczytać o takim. 

Półtora roku temu wygrałam w konkursie debiutancką powieść autorki i podczas lektury bawiłam się przednio. Do tego stopnia, że na każdym kroku doradzałam znajomym i czytelnikom, by sięgali po Mąż potrzebny na już, bo to zabawna historia ze spodziewanym finałem, ale śmiesznymi perypetiami, które i wzruszają i dotykają ważnych spraw. Następny tom dotyczył najmniej lubianej przeze mnie bohaterki, ale też go szybko przeczytałam. I… I wtedy odkryłam nieścisłość fabularną, która bardzo mi zgrzytała. Z pomocą wikipedii upewniłam się, że mam rację, więc od razu napisałam do autorki. Podobno byłam jedyną osobą, która to zauważyła. Wydawało mi się to mało ważne i wam pewnie też wydaje się, że za bardzo popłynęłam w dygresję, ale to wszystko zmierza do jednego wniosku. Przy Palecie marzeń natrafiłam na mnóstwo zgrzytów i wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, która je dostrzegła. Czasami mam wrażenie, że tzw. Armia Falkowskiej nie czyta jej książek, tylko od razu daje 10/10 i mnóstwo serduszek. Dobrze, można tak robić, ale to nie dla mnie. Dobrze, może to miało być zwyczajne czytadło na lato, ale boli, że tylko odrobina dodatkowej pracy, czas potrzebny na to, by tekst dojrzał i jego poprawki, sprawiłaby, że mielibyśmy świetną powieść.

Pomysł na nią nie jest zły. Kilkukrotnie podczas lektury powtarzałam, że świetnie by się to oglądało jako taką luźną komedię romantyczną. Wykonanie pozostawia jednak wiele do życzenia. A szkoda. 

Gosię zawsze będę traktować z sentymentem i szacunkiem, bo dzięki niej moje nazwisko po raz pierwszy trafiło na okładkę książki, a to coś, czego zawsze chciałam. Nie chcę jednak obserwować książek, w których głównym założeniem jest pokonanie Remigiusza M. w ilości wydanych pozycji rocznie. Uważam, że stać ją na więcej. 

Dziękuję Wydawnictwu LIRA za wysyłkę egzemplarza recenzenckiego. Wolałabym jednak, żebyście bardziej dbali o Gosię, by nie zmarnować jej talentu i głowy pełnej pomysłów. 

*Jestem przeciwniczką zdrad i absolutnie nie namawiam tutaj do tego. Uważam, że można przeżyć wakacyjny romans nawet z partnerem, z którym już jesteście wiele, wiele lat. Wystarczy odrobina fantazji. Spróbujcie.