„planszowe simsy” || Twelve days of #blogmas

Zgadzam się ze słowami piosenki, że „It’s the most wonderful time of the year”. Dla mnie jego cudowność objawia się między innymi w tym, że nikogo specjalnie nie zmuszam do gier planszowych. Sami chcą grać! Tym razem z Wiedźminem wygrała „Gra w życie”, dlatego postanowiłam się z Wami podzielić kilkoma fotałkami czy przemyśleniami na temat tej gry.
 
Gdy  zobaczyłam pudełko w sklepie, od razu pomyślałam sobie „muszę to mieć”. Sięgnęłam, pooglądałam i jeżeli nie pobiegłam do kasy, to znaczy, że wiedziałam, że na dniach to dostanę w prezencie. Moją pierwszą myślą było, że to takie Simsy, tylko że na planszy. A skoro Simsy to jedyna gra komputerowa, w jaką gram (dobra, jedna z nielicznych), to uznałam, że to mi się spodoba. I tak też było.

W „Grze o życie” chodzi o życie. Brzmi odkrywczo, nie? Zaczynasz od momentu ukończenia szkoły średniej, wybierasz, czy idziesz od razu do pracy czy bierzesz pożyczkę i kierujesz swoje następne kroki na studia. I potem ruszasz fantazyjną kostką ku przygodzie. Poznajesz ukochaną osobę, bierzesz ślub, kupujecie dom, a jak macie szczęście, to przytrafią się Wam dzieci. Przytrafić się Wam mogą i inne rzeczy, wydanie powieści, sponsoring pandy w zoo, utrata pracy czy coś prozaiczne jak wysłanie każdego dzieciaka na narty. Ot, cała filozofia. Koniec gry to dojście do mety wszystkich graczy i podliczenie funduszy- ta osoba, która ma ich najwięcej, wygrywa. To nieco psuje moją sielankową i naiwną wizję życia rodzinnego, ale i tak lubię tę grę.

Lubię ją za jej monotonność. Za to, że grając, można sobie pogadać. O wszystkim. O pierdołkach, ale też o ważnych sprawach. Planach na przyszłość, marzeniach. Wiadomo, że to można robić też w każdym innym momencie, przy śniadaniu czy telewizji, ale podczas tej gry mam wrażenie, że uruchamia się coś w człowieku, że chce się mu mówić i rozwodzić nad różnymi scenariuszami. A może tylko ja tak mam… Chociaż z drugiej strony, w internetach widziałam obrazek z dwoma facetami w samochodziku i podpisem „najlepszy sposób, żeby wyjść z szafy przed rodziną”, więc… Wiem, że to żarciki, ale może faktycznie to jakoś otwiera.

A teraz idę świątecznie zastanowić się nad swoimi życiowymi wyborami, bo mój operator właśnie się przyznał, że NIGDY nie grał w Tabu. I ja z kimś takim chcę spędzić całe życie?!